|
|
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Dialogi c.d. Jestem typem wrednym, złośliwym i nieprzyjemnym w obyciu. Świadomość tego faktu niczego nie zmienia. Dobrze mi z tym i już. Co więcej, doskonalę swoje umiejętności, żeby następnym razem być jeszcze lepszym tzn. gorszym. Jako sztandarowy przykład podam tu mój ulubiony stały fragment gry, nazwany na potrzeby tej notki "dialogiem inwalidzkim". Ćwiczę go regularnie, co najmniej raz w miesiącu. Wiederholung macht den Meister. W tym przypadku ważne są didaskalia. A zatem rzecz dzieje się na parkingu przy Dużym Sklepie (hipermarket, Galeria XYZ, market budowlany etc.). Zazwyczaj gdzieś blisko wejścia znajdują się wyraźnie oznaczone miejsca parkingowe dla osób niepełnosprawnych. Jeszcze nie widziałem żeby rzeczywiście ktoś przez los pokrzywdzony korzystał z tego przywileju. Zwykle spotykam w tym miejscu pana Buraka, który właśnie parkuje/odjeżdża. Ciekawe jest, że Burak jeździ często Mercedesem, BMW, Dużą Terenówką albo innym Lexusem. I tu zaczyna się moje z ogniem igranie. Podchodzę i z troską na twarzy pytam: - Czy mogę panu jakoś pomóc? Tu oczywiście Burak marszczy brwi i mniej lub bardziej uprzejmie próbuje dojść o co mi chodzi. - Bo pan jest niepełnosprawny i chciałem być miły, ale nie ukrywam też, że mam nadzieję dzięki temu dobremu uczynkowi pójść do nieba. Burak oczywiście protestuje, że z nim wszystko w porządku i żebym sobie już poszedł (łac. "odpierdol się facet"). Przechodzę do meritum pytaniem właściwym: - To dlaczego pan zaparkował właśnie tutaj? Przecież to przynajmniej nieeleganckie jest! Burak odchodzi mrucząc coś pod nosem. A ja krzyczę za nim: - Widzę że tu inwalidztwo umysłowe wchodzi w grę. Współczuję. To może jednak pomogę? I co mi tam jeszcze ślina przyniesie na mój jęzor niewyparzony. Najfajniej jest jak cała scena odbywa się w przytomności pani Burakowej i ewentualnie Buraczątek. Wyniknąć mogą z tego dodatkowe opcje, trudne do przewidzenia, ponieważ pani Burakowa jest rozdarta pomiędzy lojalnością w stosunku do partnera a uznaniem moich niewątpliwych racji. Ich obecność bezdyskusyjnie zwiększa moje bezpieczeństwo, bo chłop się jednak musi trochę hamować. Najczęściej jest to tak: Pani B.: Zbychu, to ja już idę do środka a ty przepakuj bo to faktycznie nieładnie. Rzadziej spotykane zachowanie: Pani B.: Chodź Zbychu, co z prostakiem będziesz gadał. Cóż, różne są sposoby dostarczania sobie emocji i rozrywki. A to, że dostanę kiedyś po mordzie jest tylko kwestią czasu. 2005-06-07 22:31:01 skomentuj (7)
Scenka bardzo rodzajowa Siedziałem sobie poranną porą w pewnym urzędzie lekko już wkurzony na opieszałość darmozjadów, którzy bąki zbijają za moje niemałe podatki, gdy podszedł do mnie starszy osobnik wyglądający na zakonserwowanego niebieskiego ptaka, który się nigdy pracą nie zhańbił i już na wstępie pogwałcił moją przestrzeń prywatną przysuwając się ze swoim krzesłem ponad miarę. Zrazu pomyślałem, że gość niedowidzi i dlatego pakuje mi się prawie na kolana, ale byłem w błędzie. Rudawy typek potoczył dookoła wzrokiem po współoczekujących interesantach, przeważnie płci męskiej, po czym nachylił się w moją stronę i konfidencjonalnym szeptem spytał: - Z czym przyszedłeś? - A co cię to obchodzi? – odpaliłem odruchowo, z zupełnym spokojem uśmiechając się do siebie w oczekiwaniu na potencjalny ubaw Klient odskoczył wyraźnie skonfundowany i po krótkim, ale intensywnym namyśle, który zamanifestował się wyraźnym wysiłkiem na jego obliczu szczerze odpowiedział: - No nie spodziewałem się takiej odpowiedzi Na co ja: - No to musisz być czujniejszy! Się jednak okazało, że facet nie skończył zdania, które powtórzył teraz w całości z akcentem na ostatni wyraz: - Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi po Polaku. Takiej riposty znowu ja się nie spodziewałem. Ale oczywiście twarz zachowałem kamienną albo raczej przyozdobioną lekceważącym półuśmieszkiem. Poszedłem w prowokację: - I nic w tym dziwnego bo ja niemieckim Żydem jestem proszę pana. No i warto było przeprowadzić tą nieco dziwną konwersację żeby zobaczyć minę tego palanta. Dalszego ciągu nie było, bo zostałem zawezwany do załatwiania tzw. sprawy przez innego pana, pozostającego, pośrednio, na moim utrzymaniu. 2005-05-21 01:28:38 skomentuj (3)
Tulipany Zaczęło się od muzyki. Nazwisko Daniel Bloom do ostatniego weekendu nic mi nie mówiło. Ale w ostatni weekend katowałem płytę dziwiąc się mojemu odtwarzaczowi, że nie strajkuje, bo ja bym odmówił współpracy na jego miejscu. Niby takie nic, plumkanie Możdżera i delikatne klimaciki, trochę retro, jak to czasem w muzyce filmowej, ale tym razem mocno uzależniające. Na pytanie dlaczego wybrałem się do kina pewnie odruchowo odpowiedziałbym, że mnie muzyka zaintrygowała. Ale t nieprawda, choć odpowiedź "postanowiłem sprawdzić co to za film, którego ilustracja muzyczna tak przykuła moją uwagę" byłaby po części prawdziwa. Jednak właściwym powodem jest głos Jana Nowickiego będący klamrą dla całej płyty. Bo co to za historia, w której padają takie słowa? Film wszedł na ekrany, jak twierdziła pani bileterka, miesiąc temu. W kinowym rozkładzie znalazłem go już tylko w kameralnej salce, pokazującej filmy spoza głównego nurtu. Miła pani od biletów określiła to jako "uroczy film", co tylko wzmogło moją ciekawość, bo nie wiedziałem kompletnie nic. Posługując się porównaniem muzycznym to ten film jest jak "Safari Moon” The Air. Niby płyta nowa, no dobra może nie całkiem (1999), ale na pewno współczesna, choć równie dobrze mogłaby być nagrana 25 lat temu. W filmie tak samo: wszystko jest takie oderwane od czasu, bardzo celowo jak sądzę, bo nawet szukając można znaleźć tylko kilka drobiazgów, wskazujących na dwudziesty pierwszy wiek. Nawet kolorystyka, podkręcona z pewnością komputerem, wzmaga ten efekt, bo ciepłe brązy i zielenie, podkreślone niskim słońcem są jak żywcem wyjęte z pierwszych zdjęć kolorowych, robionych w głębokim PRLu przez mojego wuja. Ubiory, sprzęty, fryzury, wnętrza, wszystko takie jakieś myszką trącące, ale możliwe i dzisiaj. Odpoczynek dla oczu, wystawionych na co dzień na działanie krzykliwych reklam i teledyskowej estetyki. W filmie nie dzieje się wiele. Jest sobie trzech starych (60+ albo raczej 70-) przyjaciół i jeden z nich ląduje w szpitalu, co w tym wieku jakieś wyjątkowe nie jest. I to właściwie wszystko co mogę napisać, ale wiele więcej się nie dzieje. Nie ma porywającej akcji, ale jest dobry, pogodny klimat. Ludzie są prawdziwi, a czasami nawet ma się wrażenie, że ci faceci nikogo nie grają. Takich sobie jesiennych (wiosennych?) kilka dni pokazanych w ciągu półtora godziny. Nikt nikogo nie zabija, nie goni, ani nie ucieka. Kawałek życia starszych panów, pozbawione spraw wielkich, ale nie pozbawione małych przyjemności i pasji, bo czymże jest życie bez nich. Egzystencją tylko. Mam nadzieję, że za te kilkadziesiąt lat będę miał nie gorzej. I dopiero teraz się zastanowiłem nad tytułem. Tytułowe tulipany pojawiają się w finale, bardzo optymistycznym. I tylko żal że to już koniec, bo nieczęsto się widzi tak bezpretensjonalne filmy. I jeszcze śmieszne! Bo chociaż to nie komedia, to uśmiałem się jak dawno nie. Razem z pozostałymi pięcioma widzami. P. S. Będę sobie musiał jakoś ten film zorganizować i dokładnie jeszcze raz posłuchać dialogów. Jest tam parę kandydatów do miana kultowych tekstów jak teksty, zaryzykuję tu, z "Dnia świra" czy "Chłopaki nie płaczą". 2005-04-11 22:51:54 skomentuj (1)
_ ! 2005-03-07 22:34:58 skomentuj (1)
Język coraz mniej obcy Rzeczą absolutnie podstawową w marketingu jest kreowanie nowych potrzeb u konsumentów. Kiedyś nawoływano do używania dezodorantu jako takiego. Dziś mamy tysiące odmian: do stóp, do ust, do butów, intymne, bezalkoholowe, z atomizerem, niebrudzące, dla kobiet, dla dzieci, perfumowane, bezwonne, mineralne itd. Z pewnością laboratoria pracują nad nowymi wersjami: dla biseksualistów, dla blondynek, obronnymi (z domieszką gazu bojowego), w proszku oraz nas wersją tygodniową tzn. psikasz w poniedziałek i nie śmierdzisz do niedzieli. Z zainteresowaniem śledzę wysiłki specjalistów, tłumacząc sobie, że ja wiem jak to działa, więc nie ulegam. Z dużą radością powitałem reklamy szczoteczek dwufunkcyjnych służących zarówno do mycia zębów jak i, drugą stroną, do mycia języka, "który jest przyczyną nieświeżego oddechu oraz wielu innych groźnych chorób". Nabyć można też pastę lepiej przystosowaną do pucowania jęzora, ale nie pamiętam na czym polega innowacja. Śledząc tendencję przewiduję pojawienie się w najbliższym czasie kremu do języka, po użyciu którego "Twój języczek będzie jedwabiście gładki i różowy jak plasterek szynki". Zafascynowany nowymi możliwościami zrobiłem przy okazji spotkania towarzyskiego krótkie badanie sondażowe na mocno niereprezentatywnej próbce znajomej ludności. Wynik mnie zupełnie zaskoczył. Pytanie brzmiało "czy myłeś/myłaś dotychczas język, mając do dyspozycji klasyczne środki higieny jamy ustnej czyli zwykłą (czyt. bez funkcji językowej) szczoteczkę i zwykłą pastę?". Pozytywnie odpowiedziało 100% (!!!) respondentów. A ja myślałem, że tylko ja jestem dziwny… 2004-12-08 07:27:03 skomentuj (6)
|
|
|